Codzienne życie kobiety szczęśliwej, żony fajnego męża, mamy wcześniaka...
wtorek, 17 listopada 2015
Nasz cud jest tutaj z nami. Leży na moich rękach jest cudowna, kochana, taka śliczna, bardzo bezbronna ale w tym wszystkim bardzo dzielna... Ma już prawie 4 miesiące... Ale tak naprawdę to dwa.
17 listopada - światowy dzień wcześniaka. I my w tym roku "świętujemy".
Więc od początku mamy dziewczynkę. Oj pamiętam jak się ucieszyłam na taką informację... Pomyślałam"dziewczynki są silniejsze". Ciąża szla dobrze, nie miałam żadnych dolegliwości, nie było nudności, wymiotów, zachcianek, rozchwiania, zdenerwowania - nie było nic, prócz senności w pierwszym trymestrze. O ciąży dowiedziałam się początkiem stycznia kiedy bylo widać tylko pęcherzyk. Po dwóch tygodniach było widać serduszko...... Dla nas to jak cud.
Planowałam pracować jak najdłużej, chociaż do 6 miesiąca. Niestety w 4 okazało się że mam przodujące łożysko więc mój plany wzięły w łeb, od ręki mimo moich protestów zostało mi wypisane chorobowe. Musiałam leżeć dużo na lewym boku. Na szczęście z każdą wizytą łożysko się podnosiło. Niestety nasze pól rodziny jest ciśnieniowcami. Ja też w maju byłam w szpitalu miałam holtera, który ku mojemu zdziwieniu wykazał ciśnienie nawet 160. Ale dostałam leki. Badania moczu już później miałam robione co dwa tyg. Nagle w lipcu jakby wszystko się zawaliło pół lipca spędziłam w szpitalu... Konsultację kardiologiczne, zwiększenie dawki leków nie przynosiło rezultatów. Aż w czwartek w szpitalu działo się wiele. Już w środę lekarze latali do mnie z lekami, zastrzykami. Miałam dosyć kiedy co chwile wypowiadali moje nazwisko, czy to mnie wołając, czy po cichu rozmawiając ze sobą i myśląc że ja nic nie słyszę.
Była wizyta ale skończyła się na mnie, wszystkie dziewczyny wrócimy na sale a ni mój lekarz tylko powiedzial że jest do dupy i że możliwe, że pojadę do szpitala wojewódzkiego, ale że będzie podejmowana decyzja. To bylo straszne co się wtedy działo i tak naprawdę niezdawalam sobie sprawy z tego jak jest źle. Myślałam, że pojadę do innego szpitala dadzą mi cudowną tabletkę i ciśnienie spadnie. Jak bardzo się myliłam...
Przyjechałam tam i otrzymałam serię pytań przygotowujących mnie do cesarskiego cięcia. Ale jak w 32 tyg ciąży?! Miałam jeszcze dwa miesiące do rozwiązania! Był koniec lipca, ja miałam rodzić NATURALNIE 25/27 września.
Dostałam zastrzyk na plucka, miałam zrobione usg przez samego ordynatora, dzieki Bogu z nią bylo wszystko ok... Ordynator mi tylko powiedzial, że do porodu nie wyjdę do domu, a poród może być za miesiąc a może być w czwartek. Wiedziałam, że mam stan przedrzucawkowy, wiedziałam co to znaczy, że to zagrożenie dla mojego zycia i zycia dziecka, ale bylam pewna że dluzej wytrzymam, nie tylko 4 dni, no i niestety nie wytrzymałam... Przyjechałam we czwartek a w sobotę czułam się fatalnie... Brzuch mnie bolał, byłam słaba nie potrafiłam przejść kawałka, serce waliło i czułam że to chyba koniec, że mi ją zabiorą... Do końca życia nie zapomnę tego strachu, tych obaw, naszej rozmowy w sobotę jak w końcu nazwiemy córkę. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę że musi mieć imię bo może będą ja chcieli ochrzcić z wody, tylko zadne z nas tego nie powiedziało na głos, żeby nie martwić tego drugiego. Pamiętam przerażone oczy mojego męża, nigdy takich nie widziałam... Ja bałam się tylko o nią, on o nas obie. Byliśmy sami 50 km od domu. Mąż zamieszkał w mieście wojewódzkim, był z nami cały czas. I wiem, że to cudowny człowiek. Dla naszego małżeństwa był to bardzo ciężki egzamin i bez siebie nawzajem by się nie udało...
W sobotę zaczęto podejmować decyzje o cesarce, a ja nawet im przyklaskiwałam (powiedzmy), nie miałam wyjścia. Musiałam się zgodzić, a nawet chciałam, bałam się jak jasna cholera. Ale wiedziałam, że nie ma innego wyjścia, wolałam żeby ją wyciągnęli i próbowali ratować niż żeby czekali i nie daj Boże coś się stało. Cesarka miała być w sobotę, ale chcieli jeszcze poczekać (im dłużej dziecko w brzuchu tym lepiej). Ale rano już nie było na co czekać ciśnienie wysokie się utrzymywało... Wszystko było przesądzone. Pamiętam, że płakałam ale bardzo mało, kilka łez popłynęło i musiałam się brać w garść... Żeby jeszcze bardziej nie podwyższać ciśnienia. Wiedziałam, jak wiele osób się za nas modli. Wiedziałam, że wszyscy się boją, ja też ale coś trzymało mnie przy życiu... Kiedyś wam napisze co.
Do rzeczy urodziłam dziecko przez cesarskie cięcie w niedziele o 11:20 w 32 tygodniu ciąży i nigdy nie przypuszczałam, że spotka mnie coś takiego.
Teraz mówię o sobie mama wcześniaka i podobno wszystkie mamy wcześniaków są bohaterkami. Fakt nie wiem skąd człowiek bierze na to siły. To chyba po prostu nazywa się miłość. Dziękuję Bogu za nią, że żyje, że miałyśmy kupę szczęścia... Chociaż to nie szczęście to zasługa tego na górze wiem to na 200%!!
Kiedyś wam pokaże Naszą Zuzankę bo tak nazywa się nasza córeczka 💕💞 Ale czy ktoś tu jeszcze zagląda?
Będę pisać, chce pisać, wcześniactwo to nie wyrok, to walka tych maluchów, niesamowicie dzielnych dzieci, które tak mocno walczą by żyć....
środa, 19 listopada 2014
poniedziałek, 13 października 2014
3 miesiące później...
Nasz plener...
Kocham mojego męża... na moje 25 urodziny, zrobił mi najfajniejsza niespodziankę, otrzymaliśmy zdjęcia z pleneru... ukartowali to z fotografem. Uwierzcie, że jak człowiek czekał trzy miesiące to miał taką frajdę i radochę, że nic nie było w stanie przebić tego prezentu urodzinowego! :) To był bardzo miły dzień :)
Swoją drogą trochę was tu jednak zagląda, jak widzę w statystykach :)
wtorek, 7 października 2014
Fajnie mieć męża, który żadnej pracy się nie boi... ostatnio nawet pomalował mi włosy ;) a w niedziele dostałam śniadanie do łózka... heeeloł??????? kto mi go podmienił ;)
Pracujemy dużo, a raczej harujemy.. remontujemy nasz dom, oboje myśleliśmy, że pójdzie łatwiej i przyjemniej, masa prochu, pyłu, gruzu, demolujemy... będziemy lać strop, już bliżej jak dalej... ale jeszcze dużo roboty. Gdybyśmy o górze nie myśleli pewnie strop niebyły lany, ale że... to z myślą o dzieciach to dawaj betonowy strop, dużo z tym roboty... ogólnie nie spodziewałam się, że ja niby ta słabsza płeć mam tyle siły i potrafię pracować jak nie jeden facet. A ile pochwal od rodziny męża dostaje, nie wiem czego się spodziewali, że sam będzie na nas pracował... kto pomagał mężowi kiedy nikt nie przyjeżdżał? no oczywiście żona, kto dźwigał gruz, łopatowa glinę i ziemię? kto obcinał drzewa i targał to za dom?... a no żona. Zapowiedziałam, że jak mam tam chodzić tylko, żeby być to nie ma to najmniejszego sensu, więc mąż i teraz już chłopaki (bo pomagają) muszą mi zapewnić robotę, bo stać i patrzeć nie będę....Kolega nasz powtarza i ma 100% racji - rodzina to jest jednak siła... :)
Pracujemy dużo, a raczej harujemy.. remontujemy nasz dom, oboje myśleliśmy, że pójdzie łatwiej i przyjemniej, masa prochu, pyłu, gruzu, demolujemy... będziemy lać strop, już bliżej jak dalej... ale jeszcze dużo roboty. Gdybyśmy o górze nie myśleli pewnie strop niebyły lany, ale że... to z myślą o dzieciach to dawaj betonowy strop, dużo z tym roboty... ogólnie nie spodziewałam się, że ja niby ta słabsza płeć mam tyle siły i potrafię pracować jak nie jeden facet. A ile pochwal od rodziny męża dostaje, nie wiem czego się spodziewali, że sam będzie na nas pracował... kto pomagał mężowi kiedy nikt nie przyjeżdżał? no oczywiście żona, kto dźwigał gruz, łopatowa glinę i ziemię? kto obcinał drzewa i targał to za dom?... a no żona. Zapowiedziałam, że jak mam tam chodzić tylko, żeby być to nie ma to najmniejszego sensu, więc mąż i teraz już chłopaki (bo pomagają) muszą mi zapewnić robotę, bo stać i patrzeć nie będę....Kolega nasz powtarza i ma 100% racji - rodzina to jest jednak siła... :)
środa, 3 września 2014
nasze dni...
Żona i mąż już na zawsze.... na palcach błyszczą złote obrączki i co teraz? jak jest? Jak nam teraz?
Na wspomnienie tamtego dnia uśmiech się pojawia... i żal, że tak szybko minęła ta noc... wiele momentów nie pamiętam... to z emocji, z radości ze szczęścia... bawiliśmy do 5 rano... a minęło jak jedna godzina. Do tej pory zastanawiamy się jak to jest możliwe, że ten najważniejszy dzień minął jak pstrykniecie palcem... szczęśliwi jesteśmy... a ja chciałabym tu wrócić i to wszystko opisać... :)
Na wspomnienie tamtego dnia uśmiech się pojawia... i żal, że tak szybko minęła ta noc... wiele momentów nie pamiętam... to z emocji, z radości ze szczęścia... bawiliśmy do 5 rano... a minęło jak jedna godzina. Do tej pory zastanawiamy się jak to jest możliwe, że ten najważniejszy dzień minął jak pstrykniecie palcem... szczęśliwi jesteśmy... a ja chciałabym tu wrócić i to wszystko opisać... :)
sobota, 21 czerwca 2014
..
Dziwne jest to życie teraz. Człowiek ciągle za czymś goni. Nie ma na nic
kompletnie czasu. Robiliśmy malowanie w moim pokoju. Ogarniamy się z
porządkami, a za trzy tygodnie nasz ślub, jejku jak to możliwe??? Wiele
rzeczy już mamy, ale wydaje mi się, że wielu jeszcze nie mamy. Godziny
pracy nie pozwalają na dojechanie do kwiaciarni, a pasuje już to
załatwić. Garnitur kupiony, w końcu... buty, koszula, krawat jest...
spinki również. Moja sukienka od jakiś dwóch tygodni wisi u mnie w
pokoju, na haku. Krawcowa poleciła nie wsadzać jej do szafy, wyciągnąć z
folii, w której była i ubrać w poszwę od kołdry - bawełnianą. Do 22.06
goście mają potwierdzić przybycie, a na razie tylko kilka osób to
zrobiło i to w sumie Ci co wiedzieliśmy ;). Śmiejemy się bo chyba ludzie
rozumieją to w taki sposób, że jak idą to po co dzwonić, a jest
napisane na zaproszeniu wyraźnie. Księdza mamy ugadanego, organistę i
dziewczynę z nim również. Oprócz Ave Maria zaśpiewa jeszcze "Panie proszę przyjdź" i "Jesteśmy tu..." My chcemy sami powiedzieć przysięgę.. (jeszcze myślimy),
myśleliśmy żeby każde z nas w kościele przeczytało czytanie.. ale
trochę się stresuje, że się przewrócę. Jeżeli my nie przeczytamy to na
pewno drużka, moja siostra, to zrobi. Starościna (moja siostra) na
prezent kupuje nam pralkę. A my chcemy zaszaleć i jeszcze przed ślubem
kupić auto, żeby Luby naszym mógł pojechać do ślubu. Ja mam już
biżuterię zakupioną, dwie pary butów, biustonosz, pończochy x 2. Fryzurę
próbną robię 4 lipca, a makijaż 27 czerwca. Z rzeczy ważniejszych
zostają nam statuetki dla rodziców, trzeba to w końcu zamówić. 5 lipca
ja robię panieński a ukochany kawalerskie. Totalnie nie wierzę, że
zostało tak mało czasu... na obecną chwile nie stresujemy się :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)

