poniedziałek, 7 grudnia 2015

Dalsze wieści...

Co czuje mama wcześniaka? Czego się boi? Nie chce pisać w imieniu męża chociaż pewnie czuliśmy podobne obawy...
Ciężkie było samo leżenie w szpitalu, słuchanie dziewczyn, które musiały tam leżeć a miały termin na za tydzień. Nie mogłam tego słuchać będąc wtedy w 31tc, ja dałabym wszystko żeby chociaż wytrwać do 37 tc...
Ja bałam się cesarki. Nie bólu, a tego, że moje dziecko nie zapłacze a ja wpadnę w depresję... Miał być poród naturalny, miało być wielkie przeżycie jakim jest poród naturalny, a byla cesarka, dla mnie wtedy żaden poród, po prost wzięli ja soobie wyciągnęli - nic specjalnego. Ale plakala.!!! Ja razem z nią.
Niby człowiek wie, że to po to aby ratować jej życie. Ale ja miałam ogromny żal że mi ją zabrali... Tęsknota jest przeogromna... Bo moje dziecko w szpitalu spędziło 30 dni. Płakałam nie raz, że musi być tam sama. Zamiast bezpiecznie siedzieć w brzuchu. I być z nami.
Wszystkie mamy na sali, ba wszystkie na oddziale miały swoje dzieci tylko moje było gdzieś daleko. Oddział intensywnej terapii noworodków był daleko, ja musiałam czekać na męża aż zawiezie mnie do Zuni wózkiem.
Po 4 dniach wypuścili mnie w końcu do domu, pojechaliśmy na chwile do domu rodzinnego, tego też się bałam. Bałam się reakcji ludzi, sąsiadów, wydawało mi się wtedy, że wszyscy na mnie patrzą. Że miała brzuch a go nie ma. Że wracają sami a gdzie dziecko? Pamiętam jak ta godzinę drogi do domu myślałam o tym i modliłam się żeby nikogo pod klatką nie było.
Wróciłam do domu prawie po miesiącu mój brat tak mocno mnie przytulił, tak strasznie mnie wtedy przytulił, że się rozpłakałam. Mama ugotowała mi rosół, ale ja w tamtym okresie nie miałam apetyty. Wiem że mama się o mnie bała żebym ne wpadla w depresje. Fakt mało wtedy mówiłam, byłam wykończona psychicznie... Wykapałam się w swojej wannie, wyspałam w naszym lózku zmylam ten okropny zapach szpitala, poczułam się troszeczkę lepiej, w końcu spaliśmy razem...
Zuzię można było odwiedzać od 11 do 13, a później od 15 do 18. Trochę a nawet bardzo się to nie raz naciągało. Tam za każdym razem towarzyszył nam strach, czy jest wszystko ok. Zostawiliśmy ją w dobrym stanie i kiedy za każdym razem tam wchodziliśmy najnormalniej w świecie baliśmy się co zastaniemy. Wystarczyło że inkubator stał inaczej, a człowiek byl spanikowany.
Byliśmy u Zuzi codziennie. Najpierw dwa tyg mieszkaliśmy u siostry na mieszkaniu a później ja sama jeździłam busem te 50km. Był jeden taki dzień kiedy wróciliśmy wieczorem do domu pozabierać rzeczy, mieliśmy pozałatwiać sprawy papierkowe, zeszło do popołudnia. Stwierdziliśmy niby oboje, że dziś nie pojedziemy do Zuzi, nic się nie stanie, jesteśmy u niej codziennie. Leżeliśmy na łóżku nie odzywaliśmy się do siebie. Myśleliśmy o niej... Żal nam się zrobiło tego, że jest tam sama. Mąż się zapytał tylko o czym myślę, ja powiedziałam że widzę przed oczami ten czarny łepek. On tylko powiedzial że on też i żebyśmy pojechali. Do szpitala mieliśmy godzinę drogi i niby nie było sensu. Widzieliśmy ją może z 10 minut ale warto bylo... Codziennie byliśmy u niej tzn ja mąż musiał wrócić do pracy. Ale w weekend byliśmy u córy razem. Nigdy nie była sama. Śpiewałam jej, opowiadałam bajki, tuliłam. Codziennie przywoziłam świeże dostawy mleka. Dużo mi dawało na poczatku kangurowaaniw, a później tulenie, trzymanie na rękach i to że mogliśmy ją przebierać, karmić(kiedy ją przenieśli do normalnego łóżeczka).


Wiecie co trzymało nas przy życiu? Wierze, że znak z nieba. Kiedy byłam w hm chyba 5msc ciąży u nas w kościele losowało się karteczki, ze słowem Bożym. Mój mąż wylosował "Odwagi! Nie bójcie się. Ja jestem" To był prawdziwy znak. Gdyby nie to. Nie wiem jak byśmy przetrwali... Cały czas wierzyłam, że musi być dobrze.












6 komentarzy:

  1. Strach jest najgorszy. Cale szczescie wiara czyni cuda. Wasz cud jest juz z wami i to sie teraz liczy. Tamte chwile byly dla was ciezkie. Domyslam sie. Mi swiat zatrzymal sie w miejscugdy Toska zakrztusila sie 17.09.15...miala wtedy tylko 3 tyg. Mala krucha delikatna..potem szpital, obserwacja, badania...ale juz jest dobrze i kazdego dnia coraz lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana tak naprawdę to Ty ją uratowałaś. Gdyby nie Twoja szybka reakcja nie wiadomo co by się wydarzyło. Tego też się zawsze bałam. Jak sobie z tym poradziłaś? Jak zareagowałaś? Boże wyobrażam sobie co musiałaś przeżywać....

      Usuń
  2. Naprawdę Wam współczuję. Nie wyobrażam sobie co musieliście przeżywać wtedy.. Dobrze, że macie te chwile już za sobą. Dobrze, że Zuzia mogła na Was liczyć. Że pokazywaliscie jej jak bardzo ją kochacie. Podziwiam Was i cieszę się, że na świecie są tacy silni i dobrzy ludzie, którzy się nie poddają i nie załamują. Trzymajcie się! Niech malutka się zdrowo chowa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ogromne gratulacje dla tej małej Kruszynki że się nie poddała i dzielnie walczyła! :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Bóg mówi do nas często, musimy się tylko nauczyć odczytywać Jego słowa. To piękne, że przemówił do Was w tak ważnym momencie. Zdrówka :*

    OdpowiedzUsuń